niedziela, 7 kwietnia 2013

Lift your fist czyli wkurw się rodzi.

Masochizm - to chyba właściwe słowo. Tak, to moja cecha. Dlaczego? Przy założeniu że w zasadzie nie mam wolnego czasu - bo jako bezrobol większość czasu spędzam z dzieckiem, nocami dorabiam robiąc jakąś tam grafikę, w miarę możliwości nadal robię muzę, czasami wypadam na nocne akcje fotograficzno - snowboardowe z moim ziomem Dzindzilem, większość weekendów gram imprezy (albo do kotleta) w klubach, gotuję, coś tam posprzątam, ale generalizując - większość czasu spędzam przed kompem. Oczy już dawno mi weszły do dupy, non stop chodzę zapuchnięty i wyglądam jak poślad zza krzaka. Ale to akurat nieistotne - istotne jest to, co czytam. Ogólnie zawsze byłem tym wkurwiającym gnojkiem, który lubi wiedzieć - i w dodatku lubi się podzielić tą wiedzą. Przemądrzały cyc. No to czytam - o jakichś nowinkach technicznych, trochę (ostatnio malutko albo wcale) o filmie, w trzy dupy o muzyce (bo bez tego umarłbym chyba), czasem o polityce - bo chciałbym mieć jakąś świadomość polityczną, choć w mojej opinii w tym kraju nie ma polityki, jedynie jakieś gierki które, o ile mi wiadomo, brzydzą większość z nas. I jasne, jak brzydzi, to nie chcesz dotykać - to zrozumiałe. Tylko że... no właśnie, bądźmy dorośli. Brzydzę się pająków, ale mam teraz małego syna i jeżeli on będzie się bał pająka, to ja muszę się zdobyć na odwagę i go przed nim obronić. Nie butem, tylko gołą łapą. Do rzeczy w takim razie. Gdzie nie wetknę ucha, słyszę jak każdy narzeka. Słychać nawet narzekania do kwadratu, czyli narzekanie na to, że narzekamy. Śmiejemy się z siebie, że to nasza cecha narodowa - ale jakiś niewyraźny ten uśmiech i coraz rzadziej go widuję. No i nie wiem, jak Wy, ale ja nie chcę narzekać. Bardzo nie chcę. Co prawda jak większość obywateli tego kraju, oglądanie telewizji pod kątem informacyjnym - nie rozrywkowym - sprawia że chce mi się płakać, bynajmniej nie dlatego, że jestem hiper-empatyczny, tylko dlatego, że życzyłbym sobie w tym kraju trochę normalności. Ale ten post to jest i będzie narzekanie. Wkurwia mnie postawa większości ludzi. Większość ludzi których spotykam twierdzi że "nic się nie da zrobić." I co? I narzeka dalej. Wydaje mi się, że energia wkładana w narzekanie jest taka sama, jak energia wkładana w pozytywne nastawienie. Najgorsze jest siedzenie przed telewizorem i nie robienie niczego (a co, jak narzekać, to konstruktywnie!). W każdym razie jeżeli przyjmiemy, że w czasie narzekania można by się uśmiechnąć i przestać mędzić, to ten czas w zasadzie z gruntu przestaje być czasem straconym. No dobra, do rzeczy. Jakieś dwie godziny temu przeczytałem sobie ten wywiad - a po lekturze po raz kolejny złamałem swoją zasadę o nie zaglądaniu do komentów. Tym razem jednak skutek był odwrotny od standardowego - czyli tym razem się nie wkurwiłem. Faktem jest, że GW do pierwszej ligi dziennikarskiej już nie należy, jednak po forum nadal widać, że nie taki głupi ten nasz naród, jak się wydaje. Jasne, wszędzie jest masa bezmógów, trolli, hejterów i innego ścierwa, jednak trafiłem na coś, co daje mi nadzieję na to, że tu może być normalnie. Trafiłem na wypowiedzi ludzi, którzy też mają dosyć, ale w przeciwieństwie do statystycznego Kowalskiego są gotowi zrobić coś, żebyśmy mogli zacząć sprzątać ten syf, którym powoli zarasta nasz kraj. Ja wiem, że realne działanie jest trudniejsze od zakładania na FB profili typu "ruch wkurwionych" albo inne takie, ale chyba coś trzeba zacząć robić, żeby móc zacząć normalnie żyć w tym kraju nad wisłą. Ruch wkurwionych to przykład na to, że jesteśmy zajebiści w deklaracjach bez pokrycia - mimo, że takie same deklaracje ze strony naszych "reprezentantów" są tym, co wkurwia najbardziej. Twierdzimy, że na nic nie mamy czasu - ale tworzymy jakieś tam głupie konta na FB, Twitterze i innych, szukamy całymi dniami wkurwiających treści w necie, publikujemy i szerujemy, wszyscy wkurwiamy się kolektywnie i poza potworną stratą czasu nie wynika z tego zupełnie nic. Nawet dziecko wie, że żeby coś zjeść, trzeba albo pójść do kuchni i wziąć sobie coś, albo jak się jest małym stworem, zależnym od rodzica, to trzeba go poprosić. Jak chcesz się pobawić, idziesz po zabawkę. Pozytywny efekt wymaga jakiegoś działania, zaangażowania w stopniu co najmniej minimalnym. Ja wiem, że ludzie są rozbici, pogubieni i stąd bierze się powtarzanie że "nic się nie da zrobić" ale wcale tak nie jest. Jasne, że nikt nie zmieni świata w pojedynkę, w działaniach zorganizowanych też nie jesteśmy najlepsi, ale wbrew obiegowej opinii powtórzę: nie jesteśmy głupim narodem. Jesteśmy tylko narodem chorym. Czas zacząć się leczyć, zanim coś nam zgnije i trzeba będzie amputować.

środa, 16 stycznia 2013

StereoTypical (retrospection)

So here i am, at the dunaj shore. I'm sitting on the bench and looking at different people's behavior patterns. If they are close enough, i'm listening to what they are talking about. And holy shit! All my assumptions, based on the behavior, are correct. You certainly have slovak people here, that act pretty much normal. You have some super loud and noisy italians, showing off their fashionable clothes and singing like crazy. You have some hot-blooded spanish people, trying to pick up everything that walks and is fuckable. Similar to italians, but surprisingly not that loud. You have the japanese people, that are not snapping flicks like crazy-rather quietly walking around like they contemplate. And you have the americans, that walk around and complain all the time. "everything is so small here, why have we even came here?" "omg, those people smell so baaaad! They probably have taken only 62 showers today, unlike us, who take 249 showers daily" and the complaint list goes on and on. And i'm sitting here just for an two hours or so. What's the point of this post? It's quite simple: i'm super happy to know that there are some people from all over the world that are unlike the stereotypical (put nationality name here). And yes, i'm aware of the fact, that writing this post makes me look like a typical pole.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Czas to pieniądz,dlatego jestem spłukany...

Czas. Pieniądz. W ciągu ostatnich kilku miesięcy mojego życia doszedłem do wniosku, że są takie sytuacje, w których te dwa słowa stają się najgorszym z możliwych przekleństw - dosłownie i w przenośni. Najbardziej dotkliwie odczuwasz to dopiero w momencie, kiedy masz dziecko, pracę i czasochłonne pasje. Jeszcze bardziej dotkliwie odczuwasz to, jeżeli nie chcesz być stereotypowym tatą/mężem-muzykiem (czyli kolesiem, którego non-stop nie ma w domu) i jednocześnie nie chcesz zajmować się swoimi pasjami na pół gwizdka. Wszyscy mądrzy wkoło powiedzą ci, że "coś za coś", pokręcą głowami, zmarszczą czoła i sprawią, że poczujesz się jak debil. Przerabiam to od długiego czasu. Tonę w długach, rodzina średnio chce mnie znać (na szczęście mama jeszcze chyba trochę mnie lubi) a wszyscy jak z rękawa sypią "dobrymi" radami. I wszyscy domyślnie powołują się na argument, że przecież "wszyscy jesteśmy tacy sami." Jeżeli ten wpis będzie przeczytany przez któregokolwiek z przedstawicieli "wszystkich", to chciałbym wam coś przekazać: chuj, a nie "tacy sami." Jesteśmy istotami, które dotknięte są chyba największym paradoksem wszechczasów. Wszyscy jednakowi, ale różni zarazem - i bądź tu mądry. Ale wracając - "wszyscy", poczytajcie uważnie, może coś zapamiętacie: ludzie się kłócą, biją, wojują z sobą. Ludzi się kolegują, przyjaźnią, kochają. Ludzie tworzą grupy, w których funkcjonują. Takie getta. Ale są też tacy, którzy nie funkcjonują dobrze z żadnych grupach - no, ewentualnie jakichś malutkich. I właśnie ja się do takich zaliczam. Życie poukładało mnie tak a tak i nikomu nie będę się z tego tłumaczył. Dla tych, których postrzeganie życia ogranicza się do schematu: "wstać, pracować,najebaćprzedtelewizorem,spać" też mam info: masa ludzi ma w dupie ten schemat. Może nie powinienem pisać o tym posta - może powinienem porozmawiać z osobami, których istnienie sprawia, że kotłują mi się w głowie takie a nie inne myśli. Z drugiej strony - może ten post pomoże komuś rozwiązać jakiś problem..

Przejdę do sedna. Mając 31 lat i "kiepskie" jak na polskie warunki CV średnio mam wybór a propos mojej dalszej drogi życiowej. Mimo że od kilku miesięcy nie zarobiłem ani grosza na swojej "dziwnej" muzyce, nadal chcę się nią zajmować. Tak, chciałbym mieć z tego kasę - tyle, żeby móc siedzieć na dupie i poświęcać czas wyłącznie na robienie bitów, składanie setów i zajmowanie się rodziną. Realia są jednak takie, że muszę robić tysiąc innych rzeczy, żeby zdobyć jakiekolwiek środki do życia. Czasu zostaje mi niewiele, a środków nie przybywa - a raczej nie odczuwam tego prawie wcale. No i wychodzi na to, że pod jednym względem "wszyscy" mają rację: coś za coś. Żeby realizować się chociaż trochę, musisz położyć na coś pałę. Niekoniecznie na wszystko i wszystkich, ale czasami na "wszystkich."

sobota, 21 stycznia 2012

Nie no, błagam...

Podobno mamy XXI wiek. Tak, wiem że na naszych ziemiach jeszcze długo może to pozostać niezauważone [z wielu względów] i w sumie w 99% przypadków ani mnie to ziębi, ani grzeje. Pozostaje zatem ten jeden procent - celowo go zmarginalizowałem, żeby uzmysłowić ewentualnemu czytelnikowi, jak bardzo mam gdzieś większość ludzi z ich mniej lub bardziej sztucznymi problemami. Wracając - ten jeden procent to mentalność pewnej grupy polaków, w przedziale wiekowym od około 25 do 100 lat. Skonkretyzujmy - chodzi mi o tą część, która każe ludziom starym, młodym, grubym, chudym, bogatym i biednym gadać takie pierdoły, jak np: "za moich czasów...", albo co gorsza "teraz to nie ma nic wartościowego." [tu będą przekleństwa - dopóki acta mi tego nie ocenzuruje] Kurwa mać. Ja pierdolę. i inne takie. Ludzie, jak możecie być tak potwornie krótkowzroczni? Przez lata wkurwialiście się na swoich starych/dziadków za takie gadanie, a teraz, w wieku np.30 lat powielacie schemat. Prawie chciałoby się powiedzieć "szkoda gadać."

Prawie. Ale nie zamknę się - jeszcze nie teraz. Cały ten post sprowokowany jest tym, że razem z Tymkiem czasem zdarza mi się na szybko przeszukiwać filmy na tubie - szczególnie wtedy, kiedy robię mu obiad, a on już jest zły i głodny, bo tata zaczął poniewczasie. Puszczam mu wtedy głównie jakieś jego ulubione dzieciorskie piosenki, openingi z bajek i czasami mistabishi, albo jakieś dubstepy, które ruszają go do samej kości :) Jak już otwieram jakieś bajkowe rzeczy, czasem rzucę okiem na komentarze pod nimi. I znowu: kurwa mać. Jeżeli cyferki w loginach tych kretynów nie są przypadkowe, to zaczynam myśleć, że IQ przeciętnego polaka wcale nie jest dużo wyższe, niż rozmiar obuwia, które nosi. Dobra, przejdę do sedna, bo mi się literki z klawiatury ścierają z tego mojego wkurwienia. Dopiero z perspektywy rodzica zaczynasz trzeźwo patrzeć na wszelką animację skierowaną do dzieci - pod warunkiem, że jesteś świadom pewnych rzeczy, z jednej strony krytyczny, a z drugiej otwarty i w miarę pozytywnie nastawiony. Ludzie, którzy wypisują komenty w stylu: "kiedyś bajki były ładne i spokojne, czegoś uczyły, a teraz tylko pojebana przemoc" sami mają poważny problem. Po pierwsze z pamięcią - bo większość nie pamięta nawet jednego odcinka tych "cudownych, spokojnych i uczących" bajek. Inni pamiętają tylko najbardziej charakterystyczne, typu Bolek i Lolek, ewentualnie Reksio. Po drugie z trzeźwą oceną pewnych spraw. Każdemu z was proponuję obejrzeć po kolei: odcinek Tom&Jerry, później inny klasyk - "Zwariowane melodie", czyli którąkolwiek z rodziny WB - Królik Bugs i pochodne. Na koniec powiedzmy - "Ciekawski George." Zanim zaczniecie, weźcie kartkę i coś do pisania. W czasie oglądania zapiszcie ile razy ktoś kogoś uderzył, wysadził w powietrze, gonił z nożem, młotem i zrobił krzywdę w jakikolwiek sposób. Dla waszej wygody podam wam przybliżone wyniki: Tom&Jerry - około 15 przykładów przemocy, Bugs i pochodne - około 9713538165, George - 0.  Teraz proszę mi powiedzieć, skąd się biorą wasze kretyńskie komentarze. Te o pojebanych bajkach. Jak dla mnie ewidentnie to wy jesteście pojebani, szczególnie kiedy wygłaszacie takie krzywdzące opinie. Ok, jest cała masa współczesnych bajek, które są brutalne. Jest też anime, ale to jest inny świat sam w sobie, bo można go podzielić na tyle podgatunków, że przeciętny polak nie zmieści nawet 1/10 w swojej ograniczonej głowie. I są też stare, polskie bajki takie, jak Lis Leon, przy którego czołówce Tymek ma minę, jakby miał ochotę spierdalać przez ściany. Muzyka w "Scenach z życia smoków" też do przyjaznych dzieciom nie należy, kreska zresztą też. Nie chce mi się lecieć po tytułach, bo ten post będzie miał 9km długości - przejdźmy do pointy: jeżeli nie widziałeś [i nie pamiętasz] WSZYSTKICH bajek wtedy [czyli "za bajtla"] i teraz, to zamknij pysk i nie wprowadzaj zamieszania. Pojebane, brutalne współczesne bajki? To i tak Ty powinieneś decydować, co ogląda Twoje dziecko - skarżysz się na te bajki, bo masz dziecko w dupie i chciałbyś, żeby zamiast Ciebie wychował je telewizor. Kiedyś były i fajne, i kiepskie bajki - teraz jest tak samo. Zmieniła się płaszczyzna twórcza, ale fajne rzeczy nadal się pojawiają - tylko trzeba wyciągnąć rękę i poszukać samemu, a ty sobie tkwisz w swojej skorupie i sobie myślisz, że cokolwiek wiesz. Gówno wiesz, ot co.

piątek, 6 stycznia 2012

Get kreatiff!

Naprawdę nie cierpię ludzi, którzy szukają coraz to nowych wymówek, żeby tylko nic nie zrobić. Jeszcze gorsi są ci, co mierzą poza swój faktyczny zasięg - wiem po sobie :D A tak poważnie, to piszę tego posta, żeby dać upust pewnym emocjom. Serato Scratch Live+Rane TTM57sl, Reason 6, Live 8 i iZotope RX2 powodują, że serducho bije mi szybciej - bynajmniej nie dlatego, że jestem technofilem - po prostu teraz, bez zbędnego kombinowania będę mógł przekuwać wiekszość swoich pomysłów na zapis muzyczny. Tak, bez tego wszystkiego też dałoby się to zrobić, ale - jak wielu ludzi - jestem leniem i mam swój niewidzialny zeszyt z wymówkami. Po drugie - od lat marzyłem o tym setupie [kurde, pominąłem jeszcze Akai MPD32, Akai MPK Mini i Presonusa AudioBox z mikrofonem pojemnościowym], a wiadomo, że jedno spełnione marzenie prowadzi do spełnienia kolejnego. Wracając do softu - każdy z tych programów mogę zainstalować na dwóch kompach, co jest istotne w sytuacji, kiedy mój nowy macbook jest w krakowie, w rękach mojej żony. Mogłoby być inaczej [zdarza się], ale mam farta. Mam też pomysły - zazwyczaj zbyt wiele :) Teraz powinienem iść spać, ale po prostu nie potrafię zasnąć. Mam sprzęt, soft, sample, puszkę po greenupie wypełnioną ryżem - to będzie moja grzechotka, pęk kluczy - to mi zastąpi trójkąt/dzwonki, no i stertę winyli. Koniec pisania - lecę się powygłupiać z dźwiękami. Jeżeli efekt mi się spodoba, obiecuję że opublikuję :) GOOOOOOO!!!! ---------------->

wtorek, 20 grudnia 2011

Mo' kredkas - mo' problems :)

No właśnie. Bo czasem bywa tak, że od przybytku głowa boli. Nawet bardzo. Ale o so chozi? Ano o to, że moja szanowna małżonka, aspirująca [skutecznie] do miana projektantki mody zakupiła ostatnio zestaw kredek, który jest ponad 3 razy większy niż poprzedni. Efekt? Opis sytuacji poniżej:

Wychodzę z łazienki, wchodzę do pokoju i co widzę? Moja żona klęczy nad zestawem kredek i trzyma się za głowę. Pusty wzrok, brak objawów aktywności kory mózgowej - pojebało ją! - myślę - Pojebało od nadmiaru kredek!! :) Zestaw doprawdy imponujący - 7 odcieni szarości to nadmiar dla przeciętnego Polaka, a co dopiero 13 odcieni zieleni. Zieleni! Dodaj resztę kolorów i wyjdzie Ci, że wybierając jeden kolor do czegośtam będziesz kombinować od 72 milisekund wzwyż. Raczej wzwyż - chyba, że jesteś R2D2 czy inny C-3PO. Większy wybór nie zawsze jest dobry ;P

[Booże, mam ochotę te kredki zapakować w jakieś ubranko z miśka i chodzić z nimi wszędzieeee... - słowa szanownej Pani Żony, wypowiedziane minutę temu]

Ok, ale tak poważnie :) Buahahahaaaaaa!!! Poważnie!! :D Ok, przynajmniej się postaram... Fajnie jest mieć wybór - teoretycznie im większy, tym lepiej. W codziennym, nierzadko szarym życiu bywa inaczej. Masz wybór pomiędzy białym i czarnym. Pomiędzy wdepnięciem w zimną kupę albo jeszcze ciepłą. Pomiędzy północą i południem. Same [prawie] skrajności - żadnych odcieni szarości po drodze [7 odcieni!! To jest szaleństwo!!] sprawiają, że niekoniecznie jesteśmy dobrzy w dokonywaniu wyborów.

Zdjęcie zestawu kredek może jutro :)

sobota, 10 grudnia 2011

Wyznania łgarza - the last good sleep.

Najmocniej inspiruje mnie muzyka. Bardzo odkrywcze, co? :D Lekko licząc, muzyka kierowała moim życiem [na różne sposoby] mniej więcej odkąd skończyłem 16 lat. Mam nadzieję, że nie czytają tego dzieciaki, mam nadzieję, że jeżeli za x lat przeczyta to Tymek, to nie weźmie sobie tego wszystkiego zbyt mocno do serca, nie zrobi z tego punktu odniesienia do własnych poszukiwań życiowych, bo raczej średnio wyjdzie mu to na dobre.

Z jednej strony niby niewiele jest rzeczy, których w życiu żałuję - z drugiej kilka decyzji chętnie bym zmienił, Może to wyglądać super-trywialnie, ale czasem żałuję, ża tak bardzo miałem w dupie szkołę, "normalne życie" itp. Dlaczego? Bo skutki tego odczuwam teraz - a raczej odczuwa moja rodzina, a mnie jest coraz gorzej z super prostych przyczyn. Brak kasy momentami odczuwamy mniej lub bardziej dotkliwie, brak czasu raczej dotkliwie - ale to się zmienia, bo dziecko się naprawiło. Wkurza mnie tylko fakt, że ze względów finansowych tkwię w miejscach, które mnie uwsteczniają. Tkwię w nich z kolei dlatego, że poświęciłem im zbyt wiele czasu w przeszłości. Wierzyłem w to, że promując dobrą muzę zasłużę sobie na szacunek, który przełoży się też na moje dochody. Nie zrozumcie mnie źle - ja nie chcę lexusa, basenu, diamentów w kieliszkach i haremu. Chcę mieć spokój ducha, który będzie dowodem na to, że poświęcenie 10 lat głównie muzyce nie poszło na marne. Spokój, który przełoży się na to, że bez problemu będę mógł spojrzeć w oczy swojemu synowi, żonie i samemu sobie, kiedy stanę w pobliżu jakiegoś lustra. Jakiś czas temu prawie straciłem ten spokój. Do teraz jest poważnie zakłócony. No bo niby jak ma być spokojny koleś, który skończył 30 lat i wszystko, czego się dorobił, to 100 bitów w szufladzie [kilka już na soundcloudzie], lekko wysłużone gramofony i całkiem fajna kolekcja płyt. Nie mam "normalnej" pracy i paradoksalnie, to też hamuje mój rozwój. Z powyższego bełkotu może wynikać, że nie ma dla mnie dobrego rozwiązania - nic bardziej mylnego. Chciałbym tylko przekazać ewentualnym zainteresowanym, że jak już coś robicie, poświęćcie się temu. W życiu nie ma "na pół gwizdka." Dopóki mieszkasz ze starymi, możesz sobie marzyć, ale jak tylko wyfruniesz z gniazdka, życie sprowadzi Cię do parteru. Tak na 90%. Pozostałe 10% to Ty, Twoje samozaparcie i inne takie. Nie chcę wyjść na fanatyka, ale kompromisy nie zawsze skutkują pozytywami. Mając klapki na oczach możesz skończyć w moim położeniu. Zbyt daleko idące kompromisy mogą Cię wbić w to samo miejsce. Znaj swoje możliwości, znaj swoje miejsce, znaj granice - i nie bój się ich zaznaczać.

Amen.